Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroda. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 czerwca 2017

Semilac, 005 - Berry nude, Hybrydy cz. 4

Dzisiaj przedstawiam Wam jeden z moich ulubionych kolorów lakierów hybrydowych. Chodzi mi tutaj o lakier firmy Semilac, nr 005, o nazwie Berry nude. Według mnie jest to przepiękny klasyczny ciemny kolor nude mocno wpadający w zgaszony róż
         


Jak łatwo można zauważyć, porównanie koloru ze strony internetowej Semilaca i mojego przedstawionego na zdjęciach wypada średnio. Na stronie internetowej Semilac, kolor ten wpada w lekko czerwony odcień, natomiast na paznokciach jest dużo bardziej różowy. Ja osobiście wolę efekt na moich paznokciach.



Kolor oczywiście możecie stopniować. Jedna warstwa daje bardziej żywy odcień różu, a już w dwóch można doszukać się odcienia zgaszonego różu, nieco „brudnego”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Taki odcień idealnie sprawdzał się będzie zarówno na eleganckich wyjściach, do pięknych sukni, jak i podczas bardziej casualowych dni, kiedy mamy na sobie zwykłe jeansy i t-shirt, lub nawet dresy na siłownię. To kolor uniwersalny, dodający każdej stylizacji smaczku i charakteru. 

środa, 28 grudnia 2016

Pierre Rene 10 – Deep red, Moja przygoda z hybrydami cz. 3

Uwielbiam czerwienie na paznokciach. Zarówno ciemne, wpadające w bordo odcienie, jak również te żywe, intensywne krwiste. Dzisiaj prezentuję Wam lakier z pierwszej grupy – ciemny, głęboki odcień czerwieni. Lakier pochodzi z kolekcji Pierre Rene i ma kolor 10. Możecie zakupić go w drogeriach Natura. Jego standardowa cena wynosi 25 zł, natomiast warto polować na promocje -40%. 

Od razu zaznaczę, że hybrydy PR łączę z bazą i topem Semilac i połączenie to sprawdza się u mnie w 100%.   Do lakierów marki PR podchodziłam jak pies do jeża. Nie byłam przekonana do ich trwałości i obawiałam się ogólnego efektu na paznokciach po pomalowaniu.
Co mogę powiedzieć o samym lakierze i o tym jak zachowuje się na paznokciach? Same dobre rzeczy. Oprócz koloru, który jest piękny, intensywny i jednocześnie bardzo elegancki, trwałość produktu również zadowala. Na moich paznokciach trzymał się 11 dni. Wiem, że dla większości z Was taki okres jest bardzo krótki, bo u niektórych dziewczyn hybrydy wytrzymują spokojnie miesiąc, ale w moim przypadku jest to naprawdę dobry wynik. Najdłużej z hybrydą wytrzymałam chyba 16 dni. To był mój rekord. Niestety mam taką pracę, że często moczę dłonie w ciepłej wodzie, a to wiąże się niestety z krótszą trwałością lakierów, dlatego nie narzekam i cieszę się z tego co mam.


Ogólnie, gdyby ktoś spytał mnie czy polecam lakiery hybrydowe firmy Pierre Rene, odpowiedziałabym, że jak najbardziej. Od momentu pierwszego mojego zakupu produktu tej marki upłynęło już trochę czasu, a moja kolekcja poszerzyła się o 2 dodatkowe kolory, które również bardzo sobie chwalę. Gdy nadejdzie ich kolej na moich paznokciach na pewno podzielę się z Wami zdjęciami i osobną opinią. Tymczasem zostawiam Was ze zdjęciami kolorku Deep Red (cały czas nabieram wprawy w malowaniu hybrydowym, dlatego proszę wybaczyć mi wszelkie niedoskonałości widoczne na zdjęciach - szczególnie na kciuku 👯).

 Pozdrawiam Was dziewczyny i do następnego razu! 😊


czwartek, 20 października 2016

103 Elegant Raspberry - Moja przygoda z hybrydami, cz. 2

Dzisiaj krótki post, w którym pokaże Wam jak prezentuje się na paznokciach jeden z kolorów hybryd, które posiadam. Chodzi tu o nr 103 Elegant Raspberry, firmy Semilac. Na stronie producenta kolor prezentuje się tak:



Poniżej widzicie zdjęcie moich paznokci, pomalowanych właśnie tym lakierem. Umieszczam zdjęcia wykonane w świetle dziennym, oraz z lampą. Jak widać na żywo kolor wyraźnie różni się od tego umieszczonego na stronie internetowej, dlatego dobra rada dla Was: zanim wybierzecie kolor dla siebie polecam wygooglowanie go w przeglądarce, ponieważ, jak widać, wzory na stronie, jak również kolory na pokrywce, odbiegają od rzeczywistego odcienia produktu.
       

       
 *zdjęcia wykonane w świetle dziennym, bez lampy

       
 *zdjęcia wykonane w świetle sztucznym, z lampą

 Elegant Raspberry w rzeczywistości to ostry róż, wpadający delikatnie w neon. Niestety mnie on nie przypomina koloru malinowego, jak wskazuje jego nazwa. Niemniej jednak jest to bardzo fajny, żywy róż, który obłędnie wygląda na opalonych dłoniach. W zimie zrezygnuję z jego używania, ale w okresie wiosennym/letnim, na pewno ponownie po niego sięgnę.  Pięknie będzie również wyglądał na paznokciach u stóp. Kolor wytrzymał u mnie na paznokciach 13 dni. Poniżej wstawiam Wam zdjęcie odrostu na moich paznokciach po 10 dniach.
       
                                                                               *przepraszam za kiepską ostrość zdjęcia 


Jak Wam podoba się ten kolor? Mam nadzieję, że namówię którąś z Was na jego wypróbowanie, bo naprawdę warto, szczególnie w okresie letnim! 

czwartek, 22 września 2016

Moja przygoda z hybrydami, część 1

Jakiś czas temu pisałam Wam, że przestawiłam się na hybrydy. Z tego też powodu postanowiłam zacząć ciąg postów poświęconych właśnie lakierom hybrydowym. Co jakiś czas będę wrzucać swatche lakierów, które posiadam i opis jak dany lakier się u mnie sprawdza. Dzisiaj postaram się omówić trzy problemy, które męczyły mnie od momentu, w którym sama postanowiłam malować swoje paznokcie hybrydami.

Paznokcie u stóp dalej maluję zwykłymi lakierami, ale u rąk nie wyobrażam już sobie czekać po pół godziny, aż lakier całkowicie wyschnie. Decyzję o zakupie zestawu do hybryd pojęłam około pół roku temu. Stwierdziłam, że to właśnie ten właściwy moment na zakup „sprzętu”. Po otrzymaniu przesyłki podchodziłam trochę do niej jak pies do jeża. Niby chciałam spróbować, ale trochę się bałam. Szczególnie samego zdejmowania lakieru (po dziś dzień nie znoszę tego momentu).  Przed „pierwszym razem” obejrzałam kilka filmów instruktażowych, oraz przeczytałam kilka artykułów na ten temat. Szczególnie mogę polecić Wam filmik Maxineczki, w którym pokazuje ona jakie są kolejne etapy tworzenia na paznokciach manicure hybrydowego. Był dla mnie bardzo pomocny.
Moje pierwsze malowanie nie było idealne. Bardzo dużo lakieru dostało się na skórki, przez co lakier szybko odchodził płatami. Byłam trochę zniechęcona, ponieważ spodziewałam się, że takie malowanie wytrzyma na paznokciach co najmniej 3 tygodnie, a tu? Nie wytrzymał nawet tygodnia. Miałam zrezygnować, ale pomyślałam: Praktyka czyni mistrza. Dam sobie jeszcze szansę. Przy kolejnych razach było już dużo lepiej, choć przyznam Wam  szczerze, że po dziś dzień mam problemy z niezalewaniem skórek. Cały czas się tego uczę, ale dalej nie całkiem podoba mi się efekt końcowy. Wierzę jednak w to, że w końcu nadejdzie TEN dzień, kiedy wszystko będzie wyglądało super.



Malowanie hybrydami może się z pozoru wydawać się proste, jednak gdy samodzielnie zabieramy się do pracy nagle pojawiają się pewne uniedogodnienia, które skutecznie mogą nas zniechęcić. Myślę, że fajnie będzie napisać przez co ja przeszłam i jak staram się sobie z tym radzić J
Problemy, z którymi mierzę się cały czas to np.
  • ·         Nieumiejętność piłowania paznokci na kształt migdałków. Z reguły nie mam zbyt długich paznokci, gdyż przeszkadzają mi w pracy, ale gdy raz na jakiś czas udało mi się je zapuścić, miałam zawsze problem z właściwym opiłowaniem. Ten kształt ma to do siebie, ze łatwo można przesadzić z opiłowaniem i wtedy wychodzą ostro zakończone „kiełki”, a nie migdałki. Dlatego należy zachować umiar. Ja przyjęłam taką zasadę, że z każdym kolejnym piłowaniem będę posuwać się dalej, tak więc zaczynałam od owalnego kształtu i za każdym razem otrzymywałam coraz bardziej zaostrzony wierzchołek paznokcia. Ostatnio otrzymałam ten kształt, który chciałam, niestety nie zrobiłam zdjęcia. Możecie uwierzyć na słowo, ze były bardzo ładne.
  • ·         Zalewanie skórek to kolejny mój problem. Jak Wam już pisałam powyżej, dalej nie znalazłam na niego 100% skutecznego rozwiązania. Jest to do tego stopnia dokuczające, że w przypadku zalania skórki lakier, który się do niej przyczepi szybciej zacznie odchodzić. Dzieje się tak m.in. ze względu na to, że nasza skóra się poci, jest tłusta, a lakiery na takich powierzchniach trzymają się dużo gorzej. Ja nie mam w zwyczaju usuwać skórek, raczej staram się je zsuwać. Robię to maksymalnie jak się da, jednak zawsze coś gdzieś mi się zawinie i efekt końcowy jest przez to niezadowalający, a sam manicure mniej trwały. Wycinanie skórek wydaje mi się przerażające, niestety chyba będę do tego zmuszona. Ostatnio wymyśliłam, ze kupię preparat, który te skórki rozpuszcza. Jeśli ten sposób się sprawdzi, na pewno dam Wam znać!
  • ·         Ściąganie hybryd. To moja największa zmora. Nie znoszę tego robić. Znam poprawną zasadę jak należy ściągać lakier hybrydowy i wierzcie mi na słowo, próbowałam się do niego przekonać, ale nie mogę. Paznokcie po wyjęciu z nasączonego acetonem wacika dalej są prawie całe umalowane, a zeskrobywanie resztek z płytki jest dla mnie bolesne i wydaje mi się strasznym złem. Jak więc je ściągam? Oj, nie ma się czym chwalić, mam tego świadomość. Najbardziej lubię jak lakier sam zaczyna odchodzić (oczywiście bez mojej ingerencji), wtedy mogę go zdjąć bez żadnego uszkodzenia. Niestety częściej dzieje się tak, ze mimo wszystko muszę męczyć się z acetonem. Jeśli uda mi się znaleźć łatwy skuteczny sposób na zdjęcie bez uszkodzenia płytki na pewno się z Wami nim podzielę.
Poniżej widzicie obecny stan moich paznokci po ściągnięciu hybryd:

Na dzisiaj to koniec. Przedstawiłam Wam moje największe problemy jeśli chodzi o hybrydy. I podkreślam jeszcze raz: nie poddawajcie się! Następnym razem mam w planach pokazać Wam jeden  moich ulubieńców semilacowych na paznokciach i omówić jak powinien wyglądać cały proces malowania paznokci hybrydami krok po kroku. Do zobaczenia niedługo! 

niedziela, 3 lipca 2016

4 akcenty na lato, nadające stylizacji charakteru

1. Zegarek

Nieważne jaki styl preferujecie  elegancki, casualowy, czy może sportowy. Sztuką jest znaleźć taki model, który będzie dopasowany zarówno do naszej osobowości jak i naszego stylu. Obecnie w  sklepach mamy ogromny wybór – możemy sięgnąć po zegarek na skórzanym pasku, bransolecie, czy może z drewna, wybrać tarczę białą, złotą, a może pójść w całkiem inną stronę – wybrać zegarek w ostrym, neonowym kolorze. Każdy z nich doda naszej stylizacji innego niepowtarzalnego charakteru. Również jeśli chodzi o ceny, mamy tutaj pełną dowolność. Możemy zainwestować większą sumę pieniędzy w zegarek lepszy jakościowo, który posłuży nam długie lata – wtedy moją radą jest wybór klasycznego, ponadczasowego modelu, który nigdy nie wychodzi z mody, lub możemy za kilkadziesiąt złotych kupić całkiem inny, kolorowy lub kilka sztuk w różnych stylach.
Moimi ulubieńcami na ten moment są zegarki z Cluse, Daniela Wellingtona i Beringa. Sama planuję zakup któregoś z nich, ale jeszcze nie zdecydowałam w 100%, który wybrać. Koszt może nie jest mały, ale chcę wybrać taki model, który za 5 lat będzie równie stylowy, jak w chwili kiedy go kupiłam.


2. Duży naszyjnik

Doda charakteru każdej stylizacji. Osoby, które na co dzień preferują ubiór stonowany, spokojny, znajdą idealne dopełnienie stylizacji właśnie poprzez dołożenie takiego mocnego akcentu. Maxi dress plus mocny naszyjnik to coś co na pewno przyciąga wzrok. Pamiętajmy jednak, że w sytuacji, gdy mamy na siebie strój w ostrym neonowym kolorze lub z określonym szalonym wzorem dodatek błyszczącego naszyjnika nie będzie odpowiedni. W takiej sytuacji sam ciuch „robi całą stylizację”. Naszyjnik w tym przypadku wywołałby efekt zbyt dużego przepychu. Wszystko z umiarem! J Podsumowując, jeśli nie lubicie ubierać kolorowych strojów, mocnych, odważnych fasonów, a macie ochotę wprowadzić trochę świeżości do codziennego wyglądu, dodatek w postaci naszyjnika będzie strzałem w dziesiątkę!




3. Kolorowe paznokcie

Element, który ożywi każdy strój. Ładny i zadbany manicure dodaje nam szyku i dobrego smaku. Na lato szczególnie polecam Wam lakiery hybrydowe. Nie tylko wydłużą trwałość manicure, ale także nadadzą paznokciom błysku, jakiego nie osiągniecie przy użyciu zwykłych lakierów. Sama skusiłam się na zestaw z Semilac, z lampą ledową i na ten moment nie wyobrażam już sobie manicuru zwykłymi lakierami.



4. Okulary przeciwsłoneczne


Ratunek w dniach, w których nie mamy czasu na wykonanie makijażu. Okulary powodują, że mimo kiepskiego samopoczucia wyglądamy stylowo i szykownie, a nasz cały wygląd sprawia wrażenie, jakbyśmy spędziły przed lustrem wiele wiele godzin. Dobrze dobrane okulary potrafią poprawić optycznie rysy naszej twarzy, a kolor (oprawek) nadaje złudzenie zdrowego fajnego koloru naszej cery. 


sobota, 18 czerwca 2016

Maybelline Super Stay – Gel Nail Color

Jak pisałam w ostatnim poście, w rankingu na ulubione lakiery do paznokci, bezkonkurencyjnie wygrywają u mnie Maybelline Super Stay 7 Days. W swojej kolekcji mam ich 5. Są to najtrwalsze z lakierów, które stosowałam. Choć od jakiegoś czasu przerzuciłam się na lakiery hybrydowe, to w sytuacjach awaryjnych, gdy nie mam czasu zająć się należycie paznokciami, te są dla mnie kołami ratunkowymi. Dwie warstwy bardzo ładnie pokrywają paznokcie, kolory są nasycone, stosunkowo szybko schną. Nie mam żadnych zastrzeżeń.
*Zdjęcia zamieszczone w poście przedstawiają dwie warstwy lakieru.



Nr 135 – Nude Rose
To zdecydowanie mój ulubiony kolor. Delikatny przygaszony róż, dobrze kryjący. Na paznokciach wygląda bardzo delikatnie i elegancko.



Nr 08 – Passionate Red
Drugi w kolejności, co do ulubieńców. Nasycony piękny czerwony kolor. Bardzo seksowny, dodający pewności siebie. Zawsze mam go na paznokciach gdy wychodzę ze znajomymi potańczyć, lub na piwo J



Nr 490 – Hot Salsa
Bardzo ciekawy kolor. Taki pomiędzy czerwonym, a pomarańczowym. Najbardziej lubię go nosić latem. Idealnie pasuje do lekkich zwiewnych, pastelowych ubrań.



Nr 615 – Mint For Life
Również typowo letni kolor. Nie bardzo jestem przekonana do niego na dłoniach, zdecydowanie częściej stosuję go na paznokciach u stóp.



Nr 286 – Pink Whisper

Najmniej go lubię. Jest mało widoczny nawet po nałożeniu dwóch warstw, półtransparentny, mleczny kolor. Będzie dobrym rozwiązaniem dla dziewczyn, które nie mogą malować paznokci do pracy na widoczny ostry kolor. 


środa, 20 stycznia 2016

Top 3 kosmetyków do makijażu roku 2015

            Na początku 2015 roku opisywałam Wam 5 najgorszych kosmetyków, które miałam nieprzyjemność poznać w roku 2014. Dzisiaj skupię się na przyjemniejszej części, czyli tych najlepszych, godnych polecenia produktach. W pierwotnej wersji posta zamierzałam wybrać 5 kosmetyków, które podbiły moje serce, ale końcowo zdecydowałam się pokazać Wam trzy prawdziwe perełki, których wiem, że nic mi nie zastąpi na baaardzo długi czas.

Nr 1. Lakiery do paznokci Maybelline - seria Forever Strong Super Stay 7 Days
          Nie opiszę jednego konkretnego koloru, ponieważ w swej kolekcji mam 5 i wszystkie lubię tak samo mocno. Przede wszystkim lakiery są niezwykle trwałe, nawet bez top coatu utrzymują się parę dni. Kolory są super – niezwykle nasycone. Wystarczy jedna wartswa, aby równomiernie pokryć paznokieć, choć ja mimo wszystko preferuję standardowo 2 warstwy lakieru. W kolejnym (lub jednym z kolejnych) poście postaram Wam się pokazać piękne kolorki, które mama posiadam. W mojej kolekcji wylądowały dwie czerwienie, dwa róże i jedna mięta. Każdy z nich jest będzie odpowiedni na inną okazję. Lakiery są tanie, możemy je dostać w każdej drogerii za ok. 15 zł, ale warto czekać na promocje – 40/50%.


Nr 2. Trwała pomadka w płynie Bourjois Rouge Edition Velvet.
           Na ten moment posiadam tylko jeden kolor – nr 11, ale pomadka ta już zachęciła mnie do kupna kolejnych. Produkt ma za zadanie być trwały, utrzymywać się na ustach przez wiele godzin – i to też robi. Po paru godzinach, posiłku delikatnie zjada się od środka, ale wygląda to bardzo naturalnie. Konsystencja jest bardzo przyjemna dla ust, masełkowata i przede wszystkim pomimo matu i niezwykłej trwałości nie wysusza ust, nie zastyga na nich, tworząc twardą skorupę. Jak na razie jest to mój nr 1, jeśli chodzi o trwałe pomadki. Cena nie jest zachęcająca – 50 zł bez promocji, ale warto polować na okazje J  



Nr 3. Cień do powiek Meybelline, kolor 98 Creamy Beige
         Uwielbiam ten produkt. Kupiłam go niedawno, bo w listopadzie, ale już wiem, ze jest to mój absolutny hit. Nigdy nie wierzyłam, że makijaż oka można wykonać jednym cieniem. A jednak! Ten kosmetyk wygląda pięknie na powiekach. Jego wykończenie jest delikatnie satynowe, super się rozprowadza, nie tworzy grudek. Może też stanowić fajną bazę pod mocniejszy smoky eye. Zawsze, gdy chcę wyglądać ładnie i elegancko, ale nie bardzo dysponuję dostatecznie dużą ilością czasu, aplikuję ten produkt palcem na powiekę, dodaję kreskę, tuszuję rzęsy i jestem w 100% gotowa na wyjście J Polecam Wam spróbować – jeśli nie ten kolor, to może pokusicie się na jakiś jaśniejszy, bardziej rozświetlający. Zapewniam, że jakość jest bardzo dobra!



To tyle jeśli chodzi o moich faworytów roku 2015. Mam nadzieję, że choć część z Was zainspiruję do spróbowania któregoś z powyższychproduktow. Naprawdę warto! ;)

środa, 8 kwietnia 2015

Paletka My Secret

      Ostatnio często zdarza mi się wykonywać pełny makijaż oka na wyjścia. Staram się nie ograniczać tylko do tuszu, w ruch poszły również cienie i eyeliner. Bardzo mnie cieszy, że wreszcie się do tego zmobilizowałam. Dziś chciałabym polecić Wam paletkę cieni My Secret, która będzie idealna zarówno dla zaawansowanych makijażystek, jak i początkujących nowicjuszek J



      Paletka jest niedroga, możemy dostać ją w Naturach za 12 zł. Są różne wersje kolorystyczne, ja mam tę w naturalnych kolorach. Paletka zawiera 4 matowe cienie: najjaśniejszy, mogący stanowić bazę na całą powiekę, drugi jest w kolorze delikatnego cafe latte ;), mamy również delikatny karmelowo brązowy i ciemniejszy brąz. Kolory są raczej w chłodniejszej tonacji, będą pasowały praktycznie każdemu typowi urody. Cienie są bardzo dobrze napigmentowane, łatwo się rozcierają, praca z nimi to przyjemność. Są trwałe, makijaż nimi wykonany spokojnie wytrzyma na oku kilka godzin. Można nimi wykonać zarówno delikatny dzienny makijaż, jak i wieczorowy. Dlatego są one fajną alternatywą na wyjazdy – nie zajmą dużo miejsca, a można nimi wykonać różne makijaże w zależności od okazji. Dlatego jeśli planujecie rozpocząć przygodę z makijażem, polecam Wam udanie się do Natury i obejrzenie paletki. 
*Pigmentacja cieni bez bazy

niedziela, 15 marca 2015

Skończone w lutym

Dzisiaj produkty, które udało mi się zużyć w miesiącu lutym. Od 2015 staram się wprowadzać u siebie minimalizm. Kupuję tylko kosmetyki, które są mi całkowicie niezbędne, a w innych wypadkach staram się opróżniać mój "magazyn" (który jest jeszcze całkiem spory).


1. Szampon Alterra
Szamponów tej firmy używam non stop, zmieniam tylko wersje kolorystyczne. Bardzo sobie je chwalę. Są tanie (na promocji kosztują jedynie 6 zł), mają fajną konsystencję. Mimo braku SLES (anionowych związków powierzchniowo czynnych – pianotwórczych) dobrze się pienią, dobrze czyśczą włosy i skórę głowy. Same plusy. Używam cały czas i jak na razie nie zamierzam zmieniać (choć czasami dla odmiany kupuję Baby dream lub produkty babuszki Agafii).

2. Maska do włosów Kallos SILK 
Pisałam o niej w bublach roku 2014. Z moimi włosami nie robi NIC. Wreszcie ją zmęczyłam i mogę wyrzucić, na pewno nigdy do niej nie wrócę. 

3. Suchy szampon Batiste, wersja blush 
Kupiłam go na promocji w Biedronce za 11 zł z czystej ciekawości. Suchy szampon z Isany, który do tej pory używałam (i dalej używam) odpowiadał mi w 100%, ale postanowiłam zaryzykować. Opłaciło się. Suche szampony batiste są naprawdę świetne. Są BARDZO wydajne, niewielka ilość wystarcza, aby odświeżyć całe włosy, moja wersja zapachowa była przyjemna dla nosa. W tym momencie to mój zdecydowany ulubieniec, jeśli chodzi o suche szampony. Mam jeszcze dwie wersje zapachowe, na pewno z ogromną chęcią je przetestuję.

4. Mgiełka L’Biotica
Hmmm... w zasadzie nie wiem czemu miała ona służyć. Ja używałam ją w niewielkiej ilości po każdym myciu w celu ułatwienia rozczesywania (oleista konsystencja). Plus za bardzo przyjemny zapach. Czy wrócę? Nie wiem...

5. Płyn do soczewek lens Vision
Kupiony w Hebe. Nie widzę różnicy między tymi płynami, więc jak każdy był ok.


6. Podkład Wake Me Up – odcień Ivory
Pisałam o tym produkcie osobny post. Lubię i na pewno jeszcze wrócę.

7. Perfumy AVON Parisian Chic 
Zapach słodziutki, ale ja takie lubię, dlatego dla mnie na plus. Nuty zapachowe: jeżyny, jaśmin, drzewo sandałowe. Średnio trwały, ale za taką cenę to nie liczyłam na wow (można go upolować bardzo tanio – a na all często kosztuje dosłownie grosze). Czy wrócę? Na razie nie – mam jeszcze kilkanaście buteleczek perfum do wykorzystania.

8. Płyn do demakijażu Bioderma
Dla mnie to płyn idealny. Nie piecze w oczy, dobrze zmywa makijaż, jedynym minusem jest bardzo wysoka cena. Kiedy mogę kupić go gdzieś na fajnej promocji – nie waham się ani chwili. Wiem, że swego czasu był porównywany z płynem micelarnym z bourjois, ale dla mnie ten drugi nie ma szans. Mam wrażliwe oczy, a Bourjois podrażniał mnie, przy zmywaniu leciały mi łzy. Do Biodermy wrócę jeszcze na pewno. 

9. Krem do rąk L'occitane z masłem shea 
Minus za cenę ( 30 ml produktu kupiłam w strefie bezcłowej w Bukareszcie za około 6-7 euro). Produkt ogólnie dobry, konsystencja gęsta, treściwa, trochę przypomina taką leczniczą maść, zapach intensywny, ale bardzo przyjemny. Ze względu na dużą gęstość, produkt bardzo wydajny. Wystarczy niewielka jego ilość na całe dłonie. Na razie do niego nie wrócę – mam inne sprawdzone tańsze kremy.

10. Maska do rąk AVON, seria planet spa 
Uwielbiam ją, w zimnych miesiącach nakładałam ją sporą warstwę na dłonie na noc i działała cuda. Ręce odmarznięte, suche stały się gładkie, dobrze nawilżone. Dodatkowo ma piękny mocny zapach – który UWAGA nie każdemu będzie pasował. Dla mnie to taki „palony cukier”. Bardzo długo utrzymuje się na dłoniach, co również jej jego zaletą. Polecam – ja już zakupiłam kolejną sztukę.


środa, 21 stycznia 2015

Buble kosmetyczne 2014

Dzisiaj postaram się przedstawić Wam 5 najgorszych produktów, z jakimi zetknęłam się w roku 2014. Ciężko było mi je wytypować. Chyba rok 2014 zaoszczędził mi większych rozczarowań. Kosmetyki, które przedstawiam to produkty, które u mnie się nie sprawdziły. Część z nich jest zachwalana przez inne dziewczyny, dlatego podkreślam, że są to produkty, które na mojej twarzy/ciele zachowywały się nie tak jak bym sobie tego życzyła.


Miejsce piąte: Maska do włosów z Kallos – wersja SILK
Na moich włosach nie robi nic. Używałam masek tej firmy – wersji waniliowej i keratynowej i tamte bardzo sobie chwalę. Jednakże po tej nie zauważam żadnej widocznej różnicy w kondycji moich włosów... Nie niszczy ich, ale też nie poprawia ich stanu. Dodatkowo zapach, który jest dla mnie bardzo sztuczny... Na plus przemawia jedynie cena i pojemność produktu. Choć z drugiej strony, mając 1000 ml maski i dodatkową świadomość, że jest to bubel, zużywanie jej to koszmar. Stosuję ją trochę na siłę, bo jak najszybciej chcę ją zużyć, ale takie używanie to żadna przyjemność. Nie wrócę już do tej wersji maski, ale na pewno wypróbuję tę z proteinami mlecznymi i algami. Jestem bardzo ciekawa ich działania. 

Miejsce czwarte: Czekoladka z Bourjois 
Wiem, że kosmetyk ten zbiera skrajne opinie. Wiele dziewczyn go sobie chwali, na KWC można znaleźć wiele pochlebnych opinii na jego temat. Są też jednak dziewczyny, które stanowczo odradzają ten produkt. Ja jestem w tej drugiej grupie. Jego największą wadą (oprócz ceny) jest jego kolor. Posiadałam nr 52. Dla mnie był to ceglasty odcień brązu, wpadający w ostrą pomarańcz. Ze względu na mój jasny kolor skóry, produkt ten prezentował się u mnie na twarzy bardzo niekorzystnie. Wyglądał jak słabo dobrany róż. Źle się czuję w ciepłych kolorach, a ten był zdecydowanie za ciepły. Po paru użyciach odpuściłam i wymieniłam go z dziewczyną, która miała ciemniejszą cerę ode mnie i która, z tego co wiem, jest z niego bardzo zadowolona J Plusem produktu na pewno była jego gramatura, estetyczny wygląd, przypominający tabliczkę czekolady, słodki zapach (który mnie jednak wydawał się bardzo chemiczny, ale wiem, że wielu dziewczynom bardzo się podoba). Przed jego zakupem polecam wybrać się do drogerii i dokładnie obejrzeć tester, ewentualnie przetestować go na sobie... Ja niestety tego nie zrobiłam, zadziałałam pod wpływem impulsu ;) a cena też może odstraszyć, gdyż standardowo kosztuje on chyba ok. 60 zł, jednakże ja kupiłam go na dniach Super – Pharm za 30 zł :) 

Miejsce trzecie: Lakier Czarny z serii BeBeauty, dostępny w Biedronkach
Nie ukrywam, że lakier zakupiłam skuszona niską ceną 5 zł. Uwielbiam ciemne kolory na paznokciach, więc pomyślałam, że czarny też mi się przyda. Niestety mój błąd, że nie spróbowałam maznąć lakierem po paznokciu w sklepie. Od razu zauważyłabym jego kiepskie, wręcz beznadziejne krycie. Ale pomyślałam, że może druga warstwa da radę przykryć cały paznokieć. Nic bardziej mylnego. Nawet po drugiej warstwie widoczne były jasne prześwity na paznokciu. Dopiero trzecia warstwa jako tako dała radę. Ale ja należę do osób kręcących, ciągle coś robię, dlatego nakładanie trzech warstw lakieru i co się z tym wiąże, długie czekanie na jego wyschnięcie nie jest dla mnie... Produktu pozbyłam się po pierwszym pomalowaniu i na pewno nigdy więcej nie skuszę się na ciemne lakiery biedronkowskie. 


Miejsce drugie: Korektor rozświetlający Modeling Illuminator z Kobo Professional
 Choć wiele dziewczyn go chwali (chociażby DigitalGirl13), dla mnie jest on stanowczo zbyt ciężki. Wchodzi w zmarszczki i odznacza się na twarzy, po zastosowaniu go nie widzę efektu rozświetlenia skóry. Być może jest to spowodowane moją tłustą cerą? Zdecydowanie bardziej pasuje mi korektor z Wibo Magic Pen Brillance. Po opiniach na KWC widzę, że większość skłania się jednak ku KOBO, ale ja
pozostanę przy swoim. Dodatkowo ostatnio zauważyłam, że po ok. 2 miesiącach od otwarcia rozwarstwił się w opakowaniu. Teraz nie nadaje się już do użycia. Zdecydowanie nie polecam..

Miejsce pierwsze: Suchy szampon do włosów z Biedronki
Jest to największy bubel 2014 roku. Ten produkt nie robi nic. Jego jedynym plusem jest ładny zapach, ale czy zapach jest tutaj najważniejszy? Używając suchego szamponu chcę mieć przede wszystkim odświeżone włosy, a produkt ten sprawiał, że wyglądały one na jeszcze bardziej przetłuszczone. Dodatkowo ma on bardzo niewygodny aplikator, po kilku „psiknięciach” odpadał mi palec ;) Podsumowując, dawałam temu produktowi kilka szans i za każdym razem po jego użyciu chodziłam cały dzień i myślałam, czy moje włosy wyglądają na bardzo tłuste czy tylko trochę ;) Po głębszym namyśle połowa produktu wylądowała w koszu na śmieci. Szampon można było zakupić w Biedronkach za ok. 8 zł. 


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Rimmel - Wake Me Up Foundation

                Dzisiejszy wpis poświęcę jednemu z moich ulubionych podkładów. 
Jest to RIMMEL Wake Me Up. Podkład ten zbiera wiele pochwał, ma swoich zwolenników, a ja jestem wśród nich.

                Posiadam ten podkład w kolorze 100 Ivory, w cieplejszych porach roku korzystam jednak z odcienia 103 True Ivory.  Produkt ma eleganckie szklane opakowanie z pompką, jego pojemność to standardowe 30 ml. Cena regularna podkładu to około 40 zł, ale często można go spotkać na różnych promocjach. Ja osobiście zawsze czekam na drogeryjne akcje -40%. Wówczas podkład ten możemy nabyć za 24 zł :) Kosmetyk ma bardzo przyjemną kremową konsystencję, nie za gęstą i nie lejkowatą. Wystarczy niewielka jego ilość, aby pokryć nim całą twarz. Przyjemnie nakłada się go palcami, ale ja osobiście preferuję nakładanie podkładów pędzlem. Jeśli chodzi o krycie to jest ono średnie, podkład na pewno nie zrobi nam z twarzy maski. Wake me up, jaka sama nazwa wskazuje, jest produktem rozświetlającym, ma sprawiać, że nasza cera już od rana będzie wyglądała na wypoczętą i rozświetloną. Posiada delikatne refleksy, które moim zdaniem nie są widoczne po nałożeniu na twarz. Z zasady napiszę, że podkład ten jest szczególnie polecany do cery suchej, ze względu na swe rozświetlające drobinki, ale ja pomimo tłustej cery, bardzo dobrze się w nim czuję – nie zbiera się w załamaniach, nie roluje. Wystarczy delikatne przypudrowanie. Podkład utrzymuje się z powodzeniem na twarzy kilka godzin, jednakże pod koniec dnia, na wieczorne wyjście, zdecydowanie warto ponowić aplikację, ponieważ po parunastu godzinach podkładu na twarzy pozostaje niewiele J 
    
              Podsumowując: podkład Wake Me Up sprawdza się u mnie idealnie. Jestem pewna, że wielokrotnie będę do niego wracać. Szczerze polecam go dziewczynom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z makijażem :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Czy warto olejować włosy?

Ostatnio dość popularny temat, poruszany przez wiele blogerek i youtuberek. Nakładanie olejów na włosy zachwalane jest przez wiele dziewczyn, jednakże wiele z nich również ma wątpliwości co do skuteczności tej metody. 

Po co olejujemy włosy? 

     Wierzymy, że przyczyni się to do poprawy ich wyglądu, zwiększy ich nawilżenie i odżywienie, a także w znacznym stopniu poprawi regenerację zniszczonych partii włosów. Czy tak jest naprawdę? Tak. Oleje mogą zastąpić nam silikony, które są częstymi składnikami szamponów czy odżywek do włosów. Mają one natomiast tę przewagę, że są produktami naturalnymi, bogatymi w witaminy i minerały, a silikony jak wiadomo są pochodnymi ropy naftowej, więc możemy sobie wyobrazić, że ich działanie na nasze włosy jest złudne. Po dłuższym działaniu wywołują one matowienie włosów, oraz ich obciążenie.
     Podczas kupna oleju warto jednak pamiętać o podstawowej zasadzie. Włosy o niskiej porowatości najlepiej będą współpracować z olejami o niewielkich cząsteczkach, np. kokosowym, czy lnianym. Przy zastosowaniu cięższych olejów, włosy takie mogą być nadto obciążone. Jeśli mamy włosy o wysokiej porowatości, najlepiej sprawdzą się u nas oleje wielkocząsteczkowe, np. olej z pestek winogron, makadamia, czy migdałowy. Przy zastosowaniu lżejszego oleju, słabiej odczujemy jego działanie.

W jaki sposób olejujemy? 

      Jest kilka metod. Możemy wetrzeć olej we włosy od połowy ich długości, bądź rozprowadzić na całej długości . Ja stosuję tę drugą metodę, nakładam olej na całe włosy, jak również na skórę głowy, wykonując przy tym jej masaż. Zabieg taki wykonujemy około 1 – 2 razy w tygodniu. Z częstotliwością lepiej nie przesadzić, bo możemy  dodatkowo obciążyć włosy. Nie przesadzajmy również z ilością olejku, wystarczy jedna łyżka stołowa. Olej najlepiej zostawić na włosach około 2 – 3 godz. Po tym czasie myjemy włosy szamponem. I tu ważne, żeby szampon nie miał w składzie silikonów, ponieważ wówczas działanie oleju byłoby uniemożliwione. Silikony bowiem nie dopuszczą do włosa cennych składników w nim zawartych. Warto umyć głowę dwukrotnie, aby dokładnie pozbyć się oleju z włosów.


Jakie oleje wybierać? Jak je przechowywać? 

     Najlepiej sięgać po oleje nierafinowane i zimnotłoczone. Mają one najwięcej ilości odżywczych. Wiele olei występuje w postaci stałej, np. olej kokosowy. Żeby go użyć, wystarczy pojemnik z olejem umieścić w ciepłej miseczce i odczekać parę minut.  Normalnie oleje staramy się trzymać w chłodnym miejscu, np. w lodówce. 


     Jak do tej pory udało mi się przetestować kilka olei do włosów. Stosując każdy z osobna, byłam z nich zawsze zadowolona. Jednakże porównując kilka z nich, niektóre wyróżniają się swą efektywnością. Pierwsze dwa oleje, które miałam przyjemność używać były to oleje z Alterry: wersja granat i awokado oraz migdały i papaja. Oba sprawdzały się dobrze, jednakże czasami wydawało mi się, że trochę przesuszały mi włosy. Być może było to spowodowane niewłaściwym sposobem ich aplikacji, ponieważ były to moje początki ‘wpółpracy’ z olejkami do włosów.













     Kolejnym olejem był Olej Monoi zakupiony na stronie Biochemii Urody. Olej ma postać stałą, przychodzi w słoiczku. Dziewczyny zachwalają jego zapach, jednakże dla mnie był nie do zniesienia. Olej był dość ciężki, łatwo było z nim przesadzić. Miałam wrażenie, że obciążał mi włosy, dlatego używałam go rzadziej niż inne. Dziewczyny, podaję Wam link do strony Biochemii Urody, gdzie możecie przeczytać o właściwościach oleju Monoi na nasz organizm i gdzie możecie zamówić sam olejek --> http://www.biochemiaurody.com/sklep/oil-monoi.html
     Olej, którego używam obecnie to olej kokosowy z Vatiki. To mój zdecydowany ulubieniec. Jeśli chodzi o zapach to zupełnie nie przypomina mi kokosa, dla mnie jest to bardziej zapach herbatników. Jeśli zaś chodzi o działanie, to dla mnie jest on idealny. Nie za ciężki i nie za lekki. Po jego użyciu włosy są piękne, lśniące, miękkie i delikatne. Bardzo dobrze się układają i co ciekawe, mniej się przetłuszczają. Mam włosy blond i wydaje mi się, że działanie tego olejku dodatkowo podkreśla ich złoty kolor. Olej jest w formie stałej, przed użyciem należy go ogrzać, np. wkładając buteleczkę pod ciepłą wodę.



     Na zmianę z Vatiką używam też olejku z Alverde – wersji z paczulą i czarną porzeczką. Olejek ślicznie pachnie, pod tym względem bezkonkurencyjnie jest moim faworytem. Dodatkowo jest lekki, łatwo pozbyć się go z włosów. Po jego użyciu włosy również wyglądają zdrowo i promiennie, ale tak jak już wspomniałam, moim ulubieńcem zdecydowanie jest Vatika.


 

środa, 25 września 2013

SLS i SLES



SLS (ang. Sodium Lauryl Sulfate) – w języku chemicznym jest to laurylosiarczan sodu, związek chemiczny o charakterze organicznym.

SLES (ang. Sodium Laureth Sulfate) – w języku chemicznym etoksylowany laurylosiarczan sodu – pochodna ropy naftowej. 


                 Oba związki, od dawna stosowane są jako detergenty. W życiu codziennym używane są m.in. do odtłuszczania oraz mycia pomieszczeń itp. Są to związki powierzchniowo czynne, posiadają silne właściwości pianotwórcze oraz myjące, co wiąże się nierozerwalnie z faktem, że są obecne w większości kosmetyków służących do pielęgnacji ciała oraz włosów. Należy jednak pamiętać, iż związki te są jednymi z najbardziej niebezpiecznych składników występujących w składzie kosmetyku. Szampony zawierające w składzie te składniki charakteryzują się wytwarzaniem dużej ilości piany podczas mycia głowy. Przez wiele osób jest to postrzegane jako dobry znak, po prostu ‘szampon dobrze oczyszcza skórę naszej głowy i nasze włosy’. Jest to jednak mylne odczucie. Piana powstająca podczas mycia jest tylko i wyłącznie efektem chemicznego charakteru związków powierzchniowo czynnych. W rzeczywistości jednak składniki te powodują przesuszenia oraz podrażnienia skóry głowy, przyczyniają się do powstawania łupieżu oraz wypadania włosów. Również w przypadku innych kosmetyków do pielęgnacji, np. kremów do twarzy, płynów do demakijażu, związki te ujemnie wpływają na stan naszej cery. Są przyczyną powstawania wyprysków, mogą wywoływać świąd. SLSy bowiem poprzez ‘czyszczenie’ niszczą warstwę lipidową skóry, przyczyniając się jednocześnie właśnie do nadmiernych przesuszeń, a w przypadku cer trądzikowych do łuszczenia się skóry, która naturalnie broni się przed tym poprzez ciągłe wydzielanie łoju. Suma summarum, w efekcie końcowym otrzymujemy wynik odwrotny do pożądanego. Ponadto obecność SLS i SLES w pastach do zębów może powodować owrzodzenia. Co więcej, SLS, gdy dostają się do oczu, mogą powodować ich uszkodzenia (zwłaszcza u dzieci), u dorosłych być przyczyną zaćmy.

           
 

              Jak sami widzicie, nie jest najlepszym pomysłem używanie produktów zawierających te składniki. Trudno sobie wyobrazić używanie tych samych związków do mycia naszego ciała i tych samych do mycia podłóg, czy ubikacji, prawda? A jednak to robimy, bowiem SLS i SLES są również składnikami takich właśnie produktów.


                       Jak wspomniałam powyżej, ciężko jest znaleźć produkty do pielęgnacji ciała, nie zawierające w składzie SLS, zwłaszcza jeśli chodzi o płyny do kąpieli czy żele do mycia ciała. Jednak po raz kolejny, tak jak w poprzednim poście, polecę wam poczytać o serii kosmetyków naturalnych, ekologicznych, do których niewątpliwie zalicza się Alterra, ogólnodostępna w Rossmannie. Często również z pomocą mogą nam przyjść kosmetyki dla dzieci, bowiem, w ich składach, ze względów bezpieczeństwa, często SLES czy SLS nie występują.