Etykiety

sobota, 26 sierpnia 2017

Ostatnio przeczytane, część 1

Coś czego pewnie o mnie nie wiecie to fakt, że jedną z największych moich pasji jest czytanie książek. Mogłabym to robić całymi dniami i nocami. Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma, które ostatnio przeczytałam. Tym samym rozpocznę kolejny cykl na moim blogu – cykl o nazwie: Ostatnio przeczytane, w którym prezentować Wam będę na bieżąco ostatnie przeczytane przeze mnie książki wraz z krótką recenzją. Może pod jej wpływem skusicie się na którąś z przedstawionych pozycji. Moje ulubione książki to kryminały i poradniki, więc głównie taką tematykę tu znajdziecie. Zaczynamy!  

Dom sióstr Charlotte Link

Książka opowiada historię życia kobiety  - Frances Gray, urodzonej na początku XX w. w Anglii. Bohaterka w ostatnich latach życia tworzy własną biografię, którą chowa głęboko w swej posiadłości. Tak, aby nikt nigdy jej nie znalazł. A jednak… W parę lat po jej śmierci, dzieło zostaje znalezione przez zupełnie obcą osobę, a pikantne szczegóły płynące z życia Frances, mogą narobić zamieszania w czasach „obecnych”. Szczegółowy życiorys bowiem przedstawia losy twardej, ostrej, doświadczonej życiowo kobiety, której los nie szczędził podczas ziemskiej wędrówki. Doświadczyła wielu rzeczy, które wstrząsnęły by niejedną silną osobą, a pomimo tego do końca żyła z podniesioną dumnie głową. Życie bohaterki obejmowało czasy powstania ruchu sufrażystek w Anglii, również okresy dwóch wojen światowych, które odbiły się piętnem na najbliższych osobach dla Frances. Również życie prywatne nie do końca układało się tak, jak mogła sobie zażyczyć. Utrata ukochanych osób, zerwanie ważnych więzi i konieczność odnalezienia w sobie woli walki to tylko część z tego przez co musiała przejść Angielka. Polecam zapoznać się z lekturą – naprawdę wciąga. Pomimo 600 stron – przeczytałam ją jednym tchem.  Fani kryminałów – znajdziecie tam również coś dla siebie!!



Karaluchy Jo Nesbø

 

Ostatnio bardzo popularny autor cyklu kryminałów. Do niedawna nie znałam twórczości wyżej wymienionego pana. W grudniu będąc w bibliotece, zauważyłam kilka pozycji książkowych  Jo Nesbø, dlatego nie wahałam się ani chwili i wybrałam jedną z nich o dość oryginalnym tytule – Karaluchy. Jak oceniam książkę? Początkowo trochę się zawiodłam. Tematyka kryminału w dużej mierze nawiązuje do polityki, czyli tematu całkowicie mi obcego. Wielu bohaterów – czasami trudno było mi spamiętać kto jest kim, dlatego sporo czasu spędzałam na cofaniu się w fabule. Po oswojeniu się z książką rzeczywiście wciągnęła mnie. O czym właściwie opowiada?

 Autor stworzył cykl książek opisujących przygody komisarza – Harrego Hole’a. Tym razem meżczyzna miał za zadanie rozwiązać sprawę tajemniczej śmierci ambasadora w Bangkoku. Sytuacja jest o tyle poważna, że został on zamordowany nożem w tanim motelu, czekając na prostytutkę. Oczywiście ze względu na charakter sprawy konieczne jest zachowanie dyskrecji.  W toku śledztwa okazuje się, że zabójstwo powiązane jest prawdopodobnie ze sprawami mafijnymi, pedofilią i przemysłem z tym związanym.

Stąd pojawia się wiele pytań. Czemu do rozwiązania zagadki tej tajemniczej śmierci wybrano właśnie Harry’ego – człowieka, którego ciągłym i poważnym problemem jest alkohol?  Temat ciężki i bardzo poważny, ale jak przeprowadzić dobre śledztwo, kiedy zwierzchnicy robią wszystko, aby sprawę czym prędzej zamieść pod dywan? Czy Harry ugnie się pod naciskiem ciągłych namów, czy po raz kolejny udowodni, ze jest dobrym i skutecznym policjantem? Będzie to bardzo trudne, tym bardziej, że wiele osób pragnie jego śmierci.

Jeśli interesuje Was taka tematyka, zachęcam do przeczytania książki. Napiszę szczerze, że mnie ona nie zachwyciła, tak jak się tego spodziewałam, ale pomimo tego wciągnęła na tyle, że mam ochotę zapoznać się jeszcze z kilkoma pozycjami proponowanymi przez  Jo Nesbø.



 

Wariatka Joanna Jodełka


To pierwszy mój kryminał tej pisarki. I jak na pierwszy raz jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Fabuła zaskakująca, ciekawa. Narracja prowadzona w trzech formach. Obecne są fragmenty narracji trzecioosobowej, momentami narratorem jest sama bohaterka powieści.
Główny temat powieści może nie jest bardzo oryginalny, ale sposób przedstawienia – to dla mnie coś nowego. O czym właściwie jest książka? Główną bohaterką jest Joanna – pisarka, która po traumatycznych przeżyciach trafia do szpitala psychiatrycznego. Podejrzewa, że ktoś lub coś zagraża jej życiu. W międzyczasie odwiedza ją nieznajomy mężczyzna, który dostarcza jej pierwszą książkę jej autorstwa, która co ciekawe, cały czas czekała na wydanie, a nagle okazuje się, że obecna jest we wszystkich księgarniach. Teoretycznie Joanna powinna być zadowolona, ale… okazuje się, że pewne informacje w książce zostały zmienione. Tematem książki był skandal sprzed lat, opisujący zaginięcie pewnej kobiety – koniec wymyślony został przez Joannę. Podczas czytania Joanna odkrywa, że pomimo tego, że nadane przez nią nazwiska bohaterów były zmyślone, ktoś zmienił je na prawdziwe. To tym bardziej stawia Joannę w złym świetle, a jej życie staje pod jeszcze większym znakiem zapytania. Czy może mścić się na niej któraś z osób zamieszana w zaginięcie Justyny Lenard sprzed 10 lat? A może to tylko urojenia chorej, zamkniętej w zakładzie psychiatrycznym kobiety? Co się stanie kiedy wyjdzie ona z zakładu, żeby poznać prawdę? Co, gdy końcówka książki, wymyślona przez autorkę zacznie okazywać się prawdą? Przeczytajcie i sami poznajcie co jest prawdą, a co tylko fikcją!  



piątek, 30 czerwca 2017

Semilac, 005 - Berry nude, Hybrydy cz. 4

Dzisiaj przedstawiam Wam jeden z moich ulubionych kolorów lakierów hybrydowych. Chodzi mi tutaj o lakier firmy Semilac, nr 005, o nazwie Berry nude. Według mnie jest to przepiękny klasyczny ciemny kolor nude mocno wpadający w zgaszony róż
         


Jak łatwo można zauważyć, porównanie koloru ze strony internetowej Semilaca i mojego przedstawionego na zdjęciach wypada średnio. Na stronie internetowej Semilac, kolor ten wpada w lekko czerwony odcień, natomiast na paznokciach jest dużo bardziej różowy. Ja osobiście wolę efekt na moich paznokciach.



Kolor oczywiście możecie stopniować. Jedna warstwa daje bardziej żywy odcień różu, a już w dwóch można doszukać się odcienia zgaszonego różu, nieco „brudnego”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Taki odcień idealnie sprawdzał się będzie zarówno na eleganckich wyjściach, do pięknych sukni, jak i podczas bardziej casualowych dni, kiedy mamy na sobie zwykłe jeansy i t-shirt, lub nawet dresy na siłownię. To kolor uniwersalny, dodający każdej stylizacji smaczku i charakteru. 

wtorek, 14 lutego 2017

Podsumowanie roku 2016

       Rok 2016 był dla mnie rokiem kilku dość istotnych zmian. W dzisiejszym poście przedstawię Wam wszystko, co kojarzyć mi się będzie właśnie z tym rokiem. Jak się pewnie domyślacie, będzie to całkowity misz – masz, dlatego co bardziej wytrwałych zapraszam do lektury.
  •          zestaw do paznokci  hybrydowych Semilac – zamówiłam go na początku 2016 i przyznam, że podchodziłam do niego jak pies do jeża. W końcu zaryzykowałam i nie żałuję. Od momentu wypróbowania hybryd, nie wyobrażam sobie już malowania paznokci u rąk zwykłymi lakierami. Samo czekanie na wyschnięcie lakieru doprowadza mnie do szewskiej pasji. Jeśli chodzi o hybrydy, to nie jestem specem w ich robieniu, ale wierzę, ze praktyka czyni mistrza.

  •    nowe kanały na youtube – od dłuższego już czasu przerzuciłam się z filmów typowo urodowychna bardziej „lifestylowe”. Oczywiście w dalszym ciągu uwielbiam haule ubraniowe, ale zwracam też dużą uwagę na vlogi, czyli typowe dni z życia youtuberek. Polecane kanały to:

- loveandgreatshoes – uwielbiam te dziewczyny, to moje zdecydowane faworytki. Optymistyczne, wesołe, radosne – sama chciałabym mieć takie przyjaciółki. Oglądam każdy wstawiony przez nie film. Poza tym to mistrzynie w obrabianiu filmików – świetny montaż, super muzyka – gorąco polecam!

- lamakeupebella – drugi ulubiony polski kanał. Zuzia, czyli założycielka kanału to śliczna dziewczyna, o przemiłym głosie. W jej filmach dominuje tematyka kosmetyczna, ale pomimo spadku mojego zainteresowania tą tematyką, te oglądam z zaciekawieniem.

- vloglola – kanał prowadzi młoda mama, pozytywna wariatka, bizneswoman. Na kanale zdecydowanie przewyższają vlogi z życia Oli, więc czuję jakbym ją znała w realu. Poza tym dziewczyna ciekawie opowiada o pewności siebie, samoakceptacji. Jej filmy motywacyjne w dużym stopniu wpłynęły na moje życie.

Z zagranicznych kanałów wyróżnię:

- anniejaffrey – prześliczna dziewczyna, o pięknej twarzy, pięknych włosach i słodziutkim głosie. Ahhh, po prostu ideał kobiety! Nieważne o czym mówi, słucham jej jak zaczarowana. Szczególnie lubię filmy, w których Annie pokazuje jak przygotowuje codzienne posiłki.

-  mimiikonn – uwielbiam podglądać jej udane życie małżeńskie, również bardzo lubię jej filmy motywacyjne, o akceptacji i pewności siebie
  •          serial „Gra o tron” – tak! Rok 2016 upłynął mi pod znakiem właśnie tego serialu. Wzbraniałam się latami, a jednak końcowo i tak poległam. Super produkcja – czekam na kolejne sezony



  •        filmy i książki Patryka Vegi – obejrzałam filmy i serial Pitbull, 2 pierwsze książki również za mną, obecnie czaję się na Niebezpieczne kobiety. Nie podejrzewałam, że ta tematyka mnie wciągnie. Mój facet długo mnie namawiał (podobnie jak do Gry o tron), ale w końcu mu się udało. I popłynęłam!


  •      książka Slow fashion Joanny Glogazy – jeśli potrzebujecie opamiętania w kwestii ciągłego kupowania nowych ubrań – ta pozycja jest dla Was. Niedługo znajdziecie u mnie pełną recenzję książki Joasi


  •          wakacje w Grecji – moje pierwsze w życiu zagraniczne wakacje! Było cudownie! 


  •  Impractical jokers  - przygody 4 przyjaciół, którzy uwielbiają robić sobie różne mniej i bardziej szalone żarty. Zawsze oglądając odcinek płaczę ze śmiechu!
          Link do mojego ulubionego fragmentu - kliknij tutaj



  •   AWOKADO! Tak! Kiedyś spróbowałam i prawie wyplułam. Po kilku miesiącach postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę. I był to strzał w 10. Potrafię jeść awokado po kilka sztuk dziennie. Kocham ten smak, a dodatkowo jest bardzo zdrowe

środa, 28 grudnia 2016

Pierre Rene 10 – Deep red, Moja przygoda z hybrydami cz. 3

Uwielbiam czerwienie na paznokciach. Zarówno ciemne, wpadające w bordo odcienie, jak również te żywe, intensywne krwiste. Dzisiaj prezentuję Wam lakier z pierwszej grupy – ciemny, głęboki odcień czerwieni. Lakier pochodzi z kolekcji Pierre Rene i ma kolor 10. Możecie zakupić go w drogeriach Natura. Jego standardowa cena wynosi 25 zł, natomiast warto polować na promocje -40%. 

Od razu zaznaczę, że hybrydy PR łączę z bazą i topem Semilac i połączenie to sprawdza się u mnie w 100%.   Do lakierów marki PR podchodziłam jak pies do jeża. Nie byłam przekonana do ich trwałości i obawiałam się ogólnego efektu na paznokciach po pomalowaniu.
Co mogę powiedzieć o samym lakierze i o tym jak zachowuje się na paznokciach? Same dobre rzeczy. Oprócz koloru, który jest piękny, intensywny i jednocześnie bardzo elegancki, trwałość produktu również zadowala. Na moich paznokciach trzymał się 11 dni. Wiem, że dla większości z Was taki okres jest bardzo krótki, bo u niektórych dziewczyn hybrydy wytrzymują spokojnie miesiąc, ale w moim przypadku jest to naprawdę dobry wynik. Najdłużej z hybrydą wytrzymałam chyba 16 dni. To był mój rekord. Niestety mam taką pracę, że często moczę dłonie w ciepłej wodzie, a to wiąże się niestety z krótszą trwałością lakierów, dlatego nie narzekam i cieszę się z tego co mam.


Ogólnie, gdyby ktoś spytał mnie czy polecam lakiery hybrydowe firmy Pierre Rene, odpowiedziałabym, że jak najbardziej. Od momentu pierwszego mojego zakupu produktu tej marki upłynęło już trochę czasu, a moja kolekcja poszerzyła się o 2 dodatkowe kolory, które również bardzo sobie chwalę. Gdy nadejdzie ich kolej na moich paznokciach na pewno podzielę się z Wami zdjęciami i osobną opinią. Tymczasem zostawiam Was ze zdjęciami kolorku Deep Red (cały czas nabieram wprawy w malowaniu hybrydowym, dlatego proszę wybaczyć mi wszelkie niedoskonałości widoczne na zdjęciach - szczególnie na kciuku 👯).

 Pozdrawiam Was dziewczyny i do następnego razu! 😊


czwartek, 17 listopada 2016

Motywacja - jak uwierzyć w siebie? Cz.1.

      Do tego posta zabierałam się setki razy. Jest to temat bardzo mi bliski, ale jednocześnie trudny do przekazania komuś, podzielenia się z kimś swoimi odczuciami. Jeśli chciałabym wszystkie moje myśli przelać teraz na kartkę, wyszłaby z tego zapewne mała powieść, dlatego tematykę motywacji, wiary w siebie, samodoskonalenia podzielę na kilka serii. Dzisiaj będzie to zaledwie wstęp.
      Tematem motywacji i ogólnie zmiany życia na lepsze zainteresowałam się po obejrzeniu kilku filmów na youtube (m.in. lola2in1 à obecnie vloglola) i po przeczytaniu paru książek. Zgłębiając je parę lat temu, byłam młodsza (oczywiście), nie miałam wtedy jeszcze chłopaka i czułam się ze sobą źle. Byłam samotna, nie wiedziałam co chcę w życiu tak naprawdę robić, ciężko było mi znaleźć rzeczy, które mogłyby mnie cieszyć. Czułam się bezwartościowa. Przekładało się to oczywiście na moją pewność siebie i kontakty z innymi ludźmi.
      Czytając książki motywacyjne/poradniki zaczęłam inaczej postrzegać swoje życie, zaczęłam inaczej odczuwać różne przytrafiające mi się sytuacje. Ciężko było mi to przyznać, ale zobaczyłam siebie jako trochę zawistną, zazdrosną osobę, której ciężko było oglądać szczęście i sukcesy innych ludzi. Spojrzałam na siebie i stwierdziłam, że nie chcę taka być. Chciałam być osobą pozytywnie nastawioną do innych, uśmiechniętą, która przyciąga do siebie znajomych swoją otwartością i życzliwością. Wmówiłam sobie, ze umiem taka być i próbowałam to w sobie zmienić. Próbowałam, próbowałam, próbowałam…. Czasami  było ciężko, wręcz zmuszałam się do pozytywnego myślenia. Ale z czasem to zaczęło skutkować.
       Jak to się działo krok po kroku? Postaram się to opisać, powołując się na różne filmy i książki, które miałam okazje obejrzeć lub przeczytać.
      Pierwsza rzecz, która najbardziej wpłynęła na moją chęć zmiany to film z kanału lola2in1 (obecnie już zamknięty kanał), w którym autorka opowiadała o sile przyciągania. Było to dla mnie coś nowego, nigdy wcześniej nie zgłębiałam tej właśnie tematyki, dlatego też zdecydowałam się na zakup książki „Sekret”. Okazało się, że jest to pozycja bardzo znana, a jej ideologię stosuje wiele osób. Jakie są moje odczucia na jej temat? Muszę przyznać, że bardzo sprzeczne. Nie zdecydowałabym się na dosłowną interpretację przesłań zawartych w książce. Siła przyciągania – pewnie coś w tym jest, ale nie uwierzę w to, że samymi myślami typu: jestem milionerem, mam piękny samochód, wspaniałą rodzinę i wszyscy moi znajomi mnie uwielbiają przyciągnę te wydarzenia tak po prostu. Również ciężko mi uwierzyć, że nasze myśli mają energię, którą stale emitujemy do Wszechświata, a ten nas wysłuchuje. Oczywiście główne przesłanie książki jest prawdziwe, ale ja interpretuję je na swój sposób. To prawda – możesz osiągnąć wszystko, ale najczęściej potrzebna jest do tego ciężka praca, wiara w siebie i w swoje ja. Jeśli czegoś bardzo chcesz – możesz to osiągnąć, ale nie samymi myślami tylko determinacją i wiarą w słuszność swoich idei. Co jeszcze pozytywnie wpłynęło na mnie po przeczytaniu tej pozycji książkowej? Sugestia autorki, abyśmy skupiali się na tym co nam się w życiu udaje, co jest dla nas wartościowe i cenne i celebrowali każdy nasz życiowy sukces - czy to mały czy duży. Problemy? One zawsze są, ale starajmy się odkładać je na bok, nie zgłębiać ich, tym samym podupadając na naszym zdrowiu psychicznym. Wiem, że jest to ciężkie - sama bardzo często zapominam o tej radzie, ale staram się! Staram się żyć i myśleć pozytywnie. W kolejnej części postaram się nieco przybliżyć ten temat. 


      Ogólnie książkę oceniam na plus, czytało mi się ją dobrze, niektóre fragmenty rzeczywiście zapadły mi w pamięć, ale tak jak już wspomniałam, nie brałabym jej aż tak dosłownie. Wszystko z umiarem. Co Wy sądzicie o książce? Czytałyście?


      W następnym poście postaram się nawiązać do innych pozycji książkowych. Co jakiś czas chciałabym też umieścić Wam kilka cytatów, które są mi szczególnie bliskie. Może wy również zaczerpiecie z nich inspiracje!

czwartek, 20 października 2016

103 Elegant Raspberry - Moja przygoda z hybrydami, cz. 2

Dzisiaj krótki post, w którym pokaże Wam jak prezentuje się na paznokciach jeden z kolorów hybryd, które posiadam. Chodzi tu o nr 103 Elegant Raspberry, firmy Semilac. Na stronie producenta kolor prezentuje się tak:



Poniżej widzicie zdjęcie moich paznokci, pomalowanych właśnie tym lakierem. Umieszczam zdjęcia wykonane w świetle dziennym, oraz z lampą. Jak widać na żywo kolor wyraźnie różni się od tego umieszczonego na stronie internetowej, dlatego dobra rada dla Was: zanim wybierzecie kolor dla siebie polecam wygooglowanie go w przeglądarce, ponieważ, jak widać, wzory na stronie, jak również kolory na pokrywce, odbiegają od rzeczywistego odcienia produktu.
       

       
 *zdjęcia wykonane w świetle dziennym, bez lampy

       
 *zdjęcia wykonane w świetle sztucznym, z lampą

 Elegant Raspberry w rzeczywistości to ostry róż, wpadający delikatnie w neon. Niestety mnie on nie przypomina koloru malinowego, jak wskazuje jego nazwa. Niemniej jednak jest to bardzo fajny, żywy róż, który obłędnie wygląda na opalonych dłoniach. W zimie zrezygnuję z jego używania, ale w okresie wiosennym/letnim, na pewno ponownie po niego sięgnę.  Pięknie będzie również wyglądał na paznokciach u stóp. Kolor wytrzymał u mnie na paznokciach 13 dni. Poniżej wstawiam Wam zdjęcie odrostu na moich paznokciach po 10 dniach.
       
                                                                               *przepraszam za kiepską ostrość zdjęcia 


Jak Wam podoba się ten kolor? Mam nadzieję, że namówię którąś z Was na jego wypróbowanie, bo naprawdę warto, szczególnie w okresie letnim! 

czwartek, 22 września 2016

Moja przygoda z hybrydami, część 1

Jakiś czas temu pisałam Wam, że przestawiłam się na hybrydy. Z tego też powodu postanowiłam zacząć ciąg postów poświęconych właśnie lakierom hybrydowym. Co jakiś czas będę wrzucać swatche lakierów, które posiadam i opis jak dany lakier się u mnie sprawdza. Dzisiaj postaram się omówić trzy problemy, które męczyły mnie od momentu, w którym sama postanowiłam malować swoje paznokcie hybrydami.

Paznokcie u stóp dalej maluję zwykłymi lakierami, ale u rąk nie wyobrażam już sobie czekać po pół godziny, aż lakier całkowicie wyschnie. Decyzję o zakupie zestawu do hybryd pojęłam około pół roku temu. Stwierdziłam, że to właśnie ten właściwy moment na zakup „sprzętu”. Po otrzymaniu przesyłki podchodziłam trochę do niej jak pies do jeża. Niby chciałam spróbować, ale trochę się bałam. Szczególnie samego zdejmowania lakieru (po dziś dzień nie znoszę tego momentu).  Przed „pierwszym razem” obejrzałam kilka filmów instruktażowych, oraz przeczytałam kilka artykułów na ten temat. Szczególnie mogę polecić Wam filmik Maxineczki, w którym pokazuje ona jakie są kolejne etapy tworzenia na paznokciach manicure hybrydowego. Był dla mnie bardzo pomocny.
Moje pierwsze malowanie nie było idealne. Bardzo dużo lakieru dostało się na skórki, przez co lakier szybko odchodził płatami. Byłam trochę zniechęcona, ponieważ spodziewałam się, że takie malowanie wytrzyma na paznokciach co najmniej 3 tygodnie, a tu? Nie wytrzymał nawet tygodnia. Miałam zrezygnować, ale pomyślałam: Praktyka czyni mistrza. Dam sobie jeszcze szansę. Przy kolejnych razach było już dużo lepiej, choć przyznam Wam  szczerze, że po dziś dzień mam problemy z niezalewaniem skórek. Cały czas się tego uczę, ale dalej nie całkiem podoba mi się efekt końcowy. Wierzę jednak w to, że w końcu nadejdzie TEN dzień, kiedy wszystko będzie wyglądało super.



Malowanie hybrydami może się z pozoru wydawać się proste, jednak gdy samodzielnie zabieramy się do pracy nagle pojawiają się pewne uniedogodnienia, które skutecznie mogą nas zniechęcić. Myślę, że fajnie będzie napisać przez co ja przeszłam i jak staram się sobie z tym radzić J
Problemy, z którymi mierzę się cały czas to np.
  • ·         Nieumiejętność piłowania paznokci na kształt migdałków. Z reguły nie mam zbyt długich paznokci, gdyż przeszkadzają mi w pracy, ale gdy raz na jakiś czas udało mi się je zapuścić, miałam zawsze problem z właściwym opiłowaniem. Ten kształt ma to do siebie, ze łatwo można przesadzić z opiłowaniem i wtedy wychodzą ostro zakończone „kiełki”, a nie migdałki. Dlatego należy zachować umiar. Ja przyjęłam taką zasadę, że z każdym kolejnym piłowaniem będę posuwać się dalej, tak więc zaczynałam od owalnego kształtu i za każdym razem otrzymywałam coraz bardziej zaostrzony wierzchołek paznokcia. Ostatnio otrzymałam ten kształt, który chciałam, niestety nie zrobiłam zdjęcia. Możecie uwierzyć na słowo, ze były bardzo ładne.
  • ·         Zalewanie skórek to kolejny mój problem. Jak Wam już pisałam powyżej, dalej nie znalazłam na niego 100% skutecznego rozwiązania. Jest to do tego stopnia dokuczające, że w przypadku zalania skórki lakier, który się do niej przyczepi szybciej zacznie odchodzić. Dzieje się tak m.in. ze względu na to, że nasza skóra się poci, jest tłusta, a lakiery na takich powierzchniach trzymają się dużo gorzej. Ja nie mam w zwyczaju usuwać skórek, raczej staram się je zsuwać. Robię to maksymalnie jak się da, jednak zawsze coś gdzieś mi się zawinie i efekt końcowy jest przez to niezadowalający, a sam manicure mniej trwały. Wycinanie skórek wydaje mi się przerażające, niestety chyba będę do tego zmuszona. Ostatnio wymyśliłam, ze kupię preparat, który te skórki rozpuszcza. Jeśli ten sposób się sprawdzi, na pewno dam Wam znać!
  • ·         Ściąganie hybryd. To moja największa zmora. Nie znoszę tego robić. Znam poprawną zasadę jak należy ściągać lakier hybrydowy i wierzcie mi na słowo, próbowałam się do niego przekonać, ale nie mogę. Paznokcie po wyjęciu z nasączonego acetonem wacika dalej są prawie całe umalowane, a zeskrobywanie resztek z płytki jest dla mnie bolesne i wydaje mi się strasznym złem. Jak więc je ściągam? Oj, nie ma się czym chwalić, mam tego świadomość. Najbardziej lubię jak lakier sam zaczyna odchodzić (oczywiście bez mojej ingerencji), wtedy mogę go zdjąć bez żadnego uszkodzenia. Niestety częściej dzieje się tak, ze mimo wszystko muszę męczyć się z acetonem. Jeśli uda mi się znaleźć łatwy skuteczny sposób na zdjęcie bez uszkodzenia płytki na pewno się z Wami nim podzielę.
Poniżej widzicie obecny stan moich paznokci po ściągnięciu hybryd:

Na dzisiaj to koniec. Przedstawiłam Wam moje największe problemy jeśli chodzi o hybrydy. I podkreślam jeszcze raz: nie poddawajcie się! Następnym razem mam w planach pokazać Wam jeden  moich ulubieńców semilacowych na paznokciach i omówić jak powinien wyglądać cały proces malowania paznokci hybrydami krok po kroku. Do zobaczenia niedługo!